Jest to wpis który już był.  Przeniosłem go w całości z mojego starego bloga, www.sladamikonkwistadorow.blog.onet.pl

 

Dostałem emaila od jednego z moich czytelników, Andrzeja.  Emaila pozwolę sobie przytoczyć w całości.

 

Witam Kapitanie!

Ostatni czasy trafiłem na taki oto artykuł 
http://zafganistanu.pl/?p=2321

i zacząłem się zastanawiać, czy w US Army mają jakiś sposób na owy lęk. Jak to tam wygląda? Czy może żołnierze dostają jakieś specjalne leki? Różne rzeczy czyta się w internecie, że narkotyku, że środki pobudzające dostają marine.

Najlepszym źródłem informacji chyba jednak będzie Pan ;)

Przyznam że z wielkim zainteresowaniem przeczytałem artykuł pana Marcina Ogdowskiego, i jestem pod wrażeniem profesjonalnego wyglądu jego bloga, jakości artykułów oraz super fotografi.  Taki blog wprawia człowieka w kompleksy – mam jeszcze sporo do nauczenia się.

Ale…  No tak, zawsze jest jakieś ale.  Artykuł o lęku nie spodobał mi się.  Mój email z odpowiedzią do Pana Andrzeja był chyba w ciut ostrzejszym tonie niż powinien być. Dopiero po kliknięciu na przycisk „wyślij” przyszła chwila refleksji.  Refleksji właśnie o strachu.  Tym paraliżującym, obezwładniającym strachu, który przepełnia całe twoje jejestwo, który uniemożliwia logiczne myślenie, i który przejmuje całkowitą kontrol nad twoimi odruchami.

Pamiętam jak czułem taki strach.  Miałem wtedy szesnaście lat.  Na nogach glany, na głowie kask, w kieszeni książeczka członka Sekcji Spadochronej Aeroklubu Warszawskiego.  Pamiętam jak zawsze jak wypadała moja kolej na założenie spadochronu i wejście do starego poczciwego „Antka”, aeroklubowego dwu-płatowca Antonowa, czułem jak mi się kurczy pęcherz, i czułem potrzebę oddania moczu, bez względu na to ile razy przedtem chodziłem za potrzebą.

Pamiętam jak w miarę wznoszenia się w przestworza rósł mi również poziom adrenaliny we krwi.  Bałem się, cholernie się bałem.  Ale jeszcze bardziej od samego wyskoczenia z samolotu bałem się że się załamię i nie wyskoczę.  Bałem się że okażę się zwykłym tchórzem.

Do aeroklubu zapisałem się z dwoma kumplami.  Jeden z nich już po pierwszym skoku zwymiotował na swój spadochron zapasowył i do „Antka” drugi raz już nie wsiadł.  Drugi zaliczył chyba ze trzy skoki.  A ja zapisałem się na obóz spadochronowy…

Moment stania w drzwiach był najgorszy.  Wiedzieć że za chwilę będe spadał z wysokości kilometra w dół, niczym głaz, i że moje życie zależy tylko od kilku metrów kwadratowych cienkiej tkaniny i kilku sznurków była najgorsza.  Powiadają że pierwszy skok jest najgorszy.  Gówno prawda.  Drugi skok jest najgorszy.  Przy pierwszym skoku strach miesza się z ciekawością.  Przy drugim skoku nie ma już krzty ciekawości.  Zostaje tylko strach.

Ten krok w nicość, utrata gruntu pod nogami, opuszczenie bezpieczeństwa „Antka” było najgorsze.  Czułem wtedy jak całe moje ciało wypełnia czysto zwierzęcy strach, strach przy którym nie było już miejsca na jakiekolwiek inne uczucia, strach który blokował wszystkie pozostałe myśli.  Moje zadanie było bajecznie proste.  Miałem po opuszczeniu pokładu wygiąć się w prawidłową pozycję, i po trzech sekundach pociągnąć za rączkę która otwierała mój główny spadochron.  Niby proste zadanie, prawda?  Nie prawda.  To było po prostu niewykonalne.  Moja prawa ręka chwytała za rączkę spadochronu jeszcze zanim moja prawa noga zdążyła odepchnąć moje ciało w w ryczącą nicość przestworzy.

Nie robiłem postępów.  Wszyscy z mojej grupy mieli już po pięć sekund opóźnienia w otwieraniu, tylko ja jeden po siedemnastu skokach, dalej wyszarpywałem czerwoną rączkę jeszcze zanim zdążyłem wyskoczyć z samolotu.

Nie wiem dlaczego ciągle zakładałem spadochron, dlaczego jeszcze się nie poddałem.  Do tej pory poddawanie się było moją dewizą życiową.  Ze sztuki walki Viet Vo Dao zrezygnowałem już po trzech tygodniach, bo było mi za ciężko.  Z treningu na siłowni zrezygnowałem po miesiącu.  Nie biegałem bo z góry wiedziałem że będą łapały mnie kolki.  Do liceum ani do technikum nie poszedłem bo wiedziałem że nie zdam egzaminów wstępnych – trafiłem do zawodówki przy Polfie bo tam można było pójść bez egzaminu. Zresztą z zawodu elektromechanika też zrezygnowałem bo nie chciało mi się tam dojeżdżać z Pragi Północ.  Więc dlaczego jeszcze nie poddałem się jako spadochroniarz? Może dlatego że nie chciałem przyznać się przed samym sobą że jestem zwykłym tchórzem.  Może dlatego że nie chciałem zawieść mojej instruktorki, Agaty Kaczyńskiej, jedynej osoby z kadr która wierzyła we mnie.  Pamiętam ciepło jej prawej dłoni na moim ramieniu, i jej spokojny, opanowany głos, kiedy zapewniała mnie że jestem w stanie to zrobić, że muszę tylko uwierzyć w siebie.  Przysięgłem sobie wtedy że wytrzymam.  Nie byłbym w stanie zawieść jej zaufania jeszcze jeden raz.  Przez cały czas wzlatywania w górę myślałem tylko o jednym, powtarzałem sobie w myślach w kółko jedną i tą samą mantrę: „sto dwadzieścia jeden, sto dwadzieścia dwa, sto dwadzieścia trzy, sto dwadzieścia cztery, sto dwadzieścia pięć, otwieram!”

I znów stoję w drzwiach.  Czuję jak paryliżuje mnie uczucie strachu.  Potrzebuję skorzystać z łazienki, chociaż wiem że to nie jest możliwe.  Moja lewa noga daje krok, moja prawa noga odpycha mnie z pokładu samolotu.  Moja ręka natychmiast wędruje w stronę rączki.  Nieludzkim wysiłkiem woli udaje mi się zatrzymać moją rękę w połowie drogi. „sto dwadzieścia jeden” zaczynam odliczanie w myślach.  Przez godzinę do wyskoku ćwiczyłem wyskok i wygięcie sie w prawidłową postawę.  Oczywiście wszystko idzie w diabły.  Zamiast na boki moje ręce wędrują do przodu, same, bez jakiejkolwiek kontroli mojego umysłu nad moimi mięśniami.  Czuję potrzebę złapania się czegokolwiek, muszę się czegoś przytrzymać, to jest silniejsze odemnie.  Moje ręce kurczowo łapią się mojego zapasowego spadochronu, palce wbijają się do bólu w tkaninę pokrowca spadochronu. „Sto dwadzieścia dwa”.  Zaczynam kopać.  Z całej siły, metodycznie zaczynam kopać powietrze.  Nie wiem dlaczego, po prostu muszę. „sto dwadzieścia trzy”.  Mijają wieki.  Ile lat minęło odkąd stałem na pokładzie?  Rok, dwa lata już tak sobie spadam?.  Moje usilne kopanie zaczyna przynosić rezultaty.  Spadam teraz głową w dół.  „Sto dwadzieścia cztery”.  Moje wystawione na boki łokcie działają niczym skrzydła kurczaka.  Pęd powietrza obraca mnie na plecy.  Spadam teraz głową w dół, plecami w kierunku ziemi, zgięty w pół kopiąc z całej siły pustkę która mnie otacza. „Sto dwadzieścia pięć”.  Moja prawa dłoń puszcza mój zapasowy spadochron, i nadludzką szybkościa łapie zbawienną czerwoną rączkę.  Po sekundzie widzę jak między moimi nogami pojawia się biały słup zwiniętej czasy mojego spadochronu.  Zaczynam z całej siły go kopać.  Moja lewa noga grzęźnie w tkaninie spadochronu.  Ból nadrywanych wiązadeł kolanowych przychodzi jednocześnie z wstrząsem otwierającej się czaszy spadochronu.

Pani Kaczyńska dokonała wtedy cudu, którego nikt jeszcze przed nią niedokonał.  Pani Kaczyńska sprawiła wtedy że po raz pierwszy uwierzyłem w siebie, że przezwyciężyłem strach.  Wprawdzie mój osiemnasty skok spadochronowy skończył się wtedy dwumiesięcznym pobycie w gipsie, ale na świat wtedy przyszedł nowy ja.  Ktoś kto nie poddaje się bez walki.  Jeżeli byłem przezwyciężyć mój strach na tyle aby wytrzymać w powietrzu pięć sekund bez otwarcia spadochronu, nie było innej rzeczy której nie byłbym w stanie osiągnąć.

No ale odbiegłem trochę od tematu.

Jadąc do Afganistanu bałem się.  Cholernie się bałem.  Ale nie bałem się smierci, czy kalectwa.  Bałem się że jak zaczną świstać kule zostanę sparaliżowany tym samym wszechogarniającym strachem który tak dobrze znałem z mojej krótkiej kariery wyczynowego skoczka spadochronowego.  Bo człowiek tak naprawdę nie wie jak jego ciało będzie funkcjonować w bezpośrednio zagrażającej życiu sytuacji, dopóki w tej sytuacji się nie znajdzie.  Panicznie bałem się że zawiodę zaufanie moich żołnierzy, bałem się że nie będą mogli na mnie liczyć wtedy kiedy będą mnie potrzebowali najbardziej.

Okazało się że moje obawy były nieuzasadnione.  Kiedy nad głową zaczęły świstać kule nie położyłem się w kącie mojego hummera, zwinięty w pozycję embrionalną.  To dziwne, ale nie czułem wtedy strachu wogóle.  Stałem się robotem, moje ciało zaczęło wykonywać pewne czynności zupełnie automatycznie, bez zastanawiania się, bez przemyśleń. Pamiętam jak beznamiętnie naprowadzałem na brodatą głowę czerwony punkcik mojego celownika, i nie czując zupełnie nic naciskałem spust.  Kiedy głowa chowała się, również nic nie czułem.  Po prostu bezmyślnie czekałem aż znów się wychyli.  Kiedy brodata postać wyskoczyła z rowu i plując ogniem ze swojego kałacha biegła w moją stronę dalej nic nie czułem.  Po prostu nakierowałem czerwony punkcik na środek postaci i po raz kolejny nacisnąłem spust.  Na zimno.  Bez uczuć.  Jak maszyna do zabijania.

Odbezpieczając granat również kierowałem się wytrenowanymi odruchami.  Jedna zawleczka, druga zawleczka, zamach i rzut.  Oczywiście nikt nie trenował odwijania taśmy z granatu który był dodatkowo nią zabezpieczony na rozkaz jakiegoś zakichanego oficera sztabowego, dlatego mój granat poleciał w stronę mężczyzny który probował mnie zabić obklejony taśmą.  Chodzi o to że w takich chwilach ciało ludzkie zachowuje się jak automat, działa odruchowo, a ani ja ani żaden z moich żołnierzy nie wyrobił sobie odruchu odklejania taśmy podczas treningu.  Oprócz mojego granatu, nieopodal zakrwawionej brodatej postaci leżało leżały jeszcze trzy inne, również oklejone nietkniętą taśmą.

Dlatego trening przygotowawczy jest niezwykle ważny.  Powtarzanie pewnych czynności, tyle razy, aż ich wykonywanie stanie się automatyczne jest niezwykle ważne w przygotowaniu do wyjazdu.  Bo ciało będzie wykonywało ruchy do których przywykło, nawet bez udziału umysłu.

Czasami przed wyjazdami w teren zastanawiałem się czy to będzie mój ostatni patrol. Zastanawiałem się z czysto akademicką ciekawością, bez strachu.  Po prostu byłem ciekawy jak to jest.

Pamiętam jak kiedyś jechałem przez pustynię.  Teren był dość równych, jechaliśmy w miarę szybko.  Nagle słyszę huk, uderzenie, czuję ból, i robi mi się ciemno przed oczami, a przez umysł przechodzi mi tylko jedna myśl – że najechałem na IED i że to już koniec. Oczywiście sekundę później stwierdziłem że dalej mam wszystkie kończyny i że mój hummer jest dalej w jednym kawałku.  Okazało się że odpadło nam przednie koło i hummer zarył nosem w ziemię.  Ale waląc hełmem w deskę rozdzielczą nie wiedziałem o tym, i byłem pewien że nadszedł koniec.  Bez strachu.

Hammer

 

Wracając do emaila od Andrzeja.  Nie chciałbym iść na akcję z kimś kto bierze tabletki na lęk.  Nie chciałbym walczyć ramię w ramię z kimś otumanionym przez leki.  Jedynym sposobem na lęk jest odpowiednie przygotowanie się, zarówno psychiczne jak i fizyczne. Oczywiście nie u wszystkich to działa, i napewno zawsze będą żołnierze którzy bez względu na długość przygotowań będą spali przy zapalonym świetle lub będą składali podanie o wcześniejszą rotację.  Takie po prostu jest życie.

W komentarzach pod postem „L jak Lęk” wyczytałem następujący tekst skierowany w moją stronę od kogoś o pseudonimie „@”:

„A – czego ty się spodziewasz po blogach prowadzonych pod nadzorem służb PR-owski USA Army? że ci całą prawdę napiszą?”.

Podejrzenia że piszę swojego bloga pod nadzorem kogoś z Public Affairs jest śmieszne. Komu by się chciało tłumaczyć moje wypociny na angielski?  I po co? Aby kierować opinią publiczną Polaków?  Doprawdy śmieszne.