Każdy nowy pracownik Agencji musi przejsc przez podstawowy kurs.  Cywile wlasnie od tego kursu zaczynaja swoja karierę w Agencji.  Mundurowi mają często okazję sobie troche popracować, zobaczyć jak to jest naprawdę, a dopiero po jakimś czasie zaliczyć ten kurs.

Tak było w moim przypadku.  W poniedzialek w końcu wchodzę do wielkiej sali i lustruję ją wzrokiem.  Było tam kilku mundurowych ale większość cywili.  Moją uwagę przykuł wystraszony chłopaczek gdzies w rogu, bo wyglądał na zaledwie kilkanaście lat.

Najpierw przyszedł Dyrektor Generał.  Dyrektor Generał stanął przy podium, rozejrzał się po sali, i widocznie jego uwagę też przykuł chłopaczek wyglądający na nastolatka, bo głośno się zapytał:  „A ty ile masz lat, dwanaście?  Czy twoja mama wie że tu jesteś?”  Sala buchneła śmiechem a chłopaczek zrobił się czerwony na twarzy i odpowiedział Generałowi Dyrektorowi że ostatnim razem to przynajmniej dawano mu czternaście.  Potem Generał pogratulował nam wszystkim przyjęcia do pracy w Agencji bo jesteśmy najlepsi z najlepszych, jako że zostaliśmy wybrani z pośród tysięcy aplikantów.  Oczywiście ta uwaga była chyba skierowana bardziej w stronę cywili niż wojskowych, jako że w moim przypadku był to telefon w którym zostałem po prostu poinformowany że we wrześniu mam się zameldować w Agencji.

Generał Dyrektor przamawiał do nas ponad godzinę, ale muszę przyznać że nie mam za bardzo pojęcia o czym była ta przemowa.  Pagony Generała Dyrektora aż uginały się pod ciężarem gwiazdek, a takich gwiazdek na pewno nie dają przygłupom.  Facet był niesamowicie inteligentny, ale  przyznam się bez bicia że chwilami po prostu nie nadążałem za jego tokiem myślowym.  Była dużo na temat różnic między wojskiem a cywilną Agencją, i o tym że Agencja musi być bardziej jak wojsko.  Na koniec Generał Dyrektor zapowiedział że osobiście odbierze od nas przysięgę.  Potem wszyscy wstali, podnieśli prawą rękę i złożyli przysięgę.

Coś jest w takim grupowym składaniu przysięgi.  Człowiek popatrzy się na prawo i na lewo, i od razu robi się cieplej na serduszku jak słyszy że każdy jak jeden mąż przysięgają bronić Konstytucji Stanów Zjednoczonych przed wszystkimi wrogami…

Potem przyszedł następny Bardzo Ważny Pracownik Agencji, o bardzo intensywnym głosie i poinformował nas że składając przysięgę należymy do Agencji duszą i ciałem, i że Agencja może wysłać nas wszystkich nawet do Afganistanu, jeżeli zajdzie taka potrzeba.  Bardzo Ważny Pracownik Agencji ze szczególnym naciskiem wypowiedział słowa „wszyscy”,  „Afganistan” i „potrzeba”.   Kobieta o dość imponującej tuszy która siedziała po mojej prawej najwyraźniej rozstroiła się.  „Wszystkich?” powtórzyła niepewnie zaraz za Bardzo Ważnym Pracownikiem Agencji.

„Tak, wszyskich!” potwierdził Bardzo Ważny Pracownik Agencji.  Potem bardzo intensywnym głosem zaczął wyjaśniać zgromadzonym że każdy pracownik Agencji który zostanie wybrany na misję do Afganistanu zostanie nauczony jak zatamować krwotok, jak strzelać z pistoletu, i jak podczas pościgu zepchnąć z szosy samochod ścigających nas terrorystów.  „Tylko żebyście nie próbowali tego czego was nauczymy na autostradzie w Virginii!” dodał bardzo intensywnie.  „Policja bardzo tego nie lubi.”

Bardzo Ważny Pracownik Agencji widocznie nie był w pełni zadowolony efektem jaki wywołał na sali, bo po krótkiej chwili dodał:

- „Nie wyobrażajcie sobie że jak już będziecie w Afganistanie, to że nie wyściubicie nosa poza zbawienne druty kolczaste okalające waszą bazę” – jego głos nie tracił na intensywności. – „Wcześniej czy później wylądujecie w wojskowym konwoju.” – sąsiadka z prawej wstrzymała oddech – „Być może konwoj zostanie zaatakowany.  Być może nad waszymi głowami zaczną latać kule, a wokół będą ludzie którzy będą próbowali was zabić!”

Tutaj Bardzo Ważny Pracownik Agencji zrobił efektywną przerwę, i rozejrzał się po sali.  Sala była cicha, bardzo cicha.  Słychać było tylko przyśpieszone oddechy przerażonych cywili.  Bardzo Ważny Pracownik Agencji najwyraźniej był zadowolony efektem jaki wywołał, bo jego głos stracił trochę na intensywności i dokończył:  „Wtedy każdy z was ma znaleźć najbliższego żołnierza i nie odchodzić od niego nawet na krok, bo właśnie ten żołnierz ocali wam życie!” – moja puszysta sąsiadka spojrzała się na mnie, i przełknęła nerwowo ślinę, najwyraźniej przerażona perspektywą uczestniczenia w takiej przygodzie.

Potem był lunch.  Nabrałem sobie jedzenia do pudełka i przeszedłem się wzdłuż stołówki szukając zajomej twarzy.  Nie lubie jeść sam.  Jedyna znajoma twarz jaka wpadła mi w oko wyglądała na kilkanaście lat i należała do wystraszonego chłopaczka który wcześniej niefortunnie wpadł w oko Generałowi Dyrektorowi.  Przysiadłem się do niego i zacząłem rozmowę.  Okazało się że chłopaczek jest inżynierem o specjalności „budowa silników rakietowych”.  No cóż, nic tylko „respiekt i uważucha” jak powiedzieli by Rosjanie.