Zdecydowałem że nie będę dalej zanudzać moich Czytelników zdjeciami z Europy.  Przypuszczam zresztą że większość z Was jest z Europy, i że zna ten kontynent lepiej niż ja go kiedykolwiek poznam.   Zresztą zaległości w pisaniu mam tyle że przeraża mnie sama myśl nadrobienia tego wszystkiego.  Powód dla którego na moim blogu nastała cisza był prozaiczny.  Przez ostatni miesiąc byłem w podróży.  Siódmego lipca wyjechaliśmy ze starego domu w Madrycie a dotarlismy do nowego domu w Waszyngtonie dopiero teraz.  Pisać cokolwiek w hotelu, z dwójką małych dzieci było po prostu niewykonalne, stąd ta cisza na blogu.  Może uda mi sie jeszcze zmobilizować kiedyś do opisania mojej wycieczki przez Albanię do Kosowa, ale nie obiecuję.

Dzisiaj opiszę za to moją przygodę w Holandii…

Jestem chyba jedyną osobą jaką znam która może popaść  w tarapaty z prawem w ciągu pierwszych pięciu minut spacerku po mieście w nowym kraju.  Do Hagi dojechaliśmy późno wieczorem, więc o żadnym zwiedzaniu nie było mowy.  Następnego dnia rano miałem zajęcia w ambasadzie.  Kiedy już było po wszystkim, dziarskim krokiem wychodzę z ambasady i przy wyjściu pytam się strażników gdzie tu mogę znaleźć taksówkę.   Strażnik mówi mi że tam za rogiem jest dworzec centralny i że tam zawsze stoją taksówki.  Dziekuję i wychodzę, napawając się widokiem popołudniowej Hagi.

Wyszedłem zza rogu i przed moimi oczami ukazał się dworzec.  Aby tam dojść wystarczyło przejść przez nawet zadbany park.  Park przesiekały dwie wyasfaltowane ścieżki, jedna szersza druga węższa.  Nie wiele myśląc wziąłem tą szerszą i dziarsko dalej ruszyłem przed siebie.

Nie minęło pięć minut kiedy usłyszałem za sobą klakson.  Odwróciłem głowę i zobaczyłem pędzącą w moją stronę motorynkę.  Moim naturalnych odruchem było uskoczenie w bok, ale tak się niefortunnie złożyło że z drugiej strony także pruła motorynka, na której wylądowałem.  Potem zobaczyłem już tylko moje nogi w powietrzu.  „O cholera, garnitur”, zdążyłem tylko pomyśleć, ale na szczęście wylądowałem na głowie tak więc mój pierwszy od komunii garnitur nie ucierpiał od asfaltu.

Kiedy zobaczyłem zwijającego się z bólu na chodniku kierowcę motorynki uświadomiłem sobie dwie rzeczy.  Pierwsza rzecz to to że w Holandii istnieją trasy tylko rowerowo-motorynkowe, druga to że właśnie szedłem po takowej trasie.  Mi nic się nie stało, chwała Bogu, ale noga biedaka który na mnie wpadł nie wyglądała najlepiej.  Zresztą jego Vespa też, leżała tak sobie na środku drogi z rozbitym lusterkiem. Co miałem robić? Upewniłem się że kierowcy nic się nie stało, i podniosłem mu motorynkę.  Gość pozbierał się trochę, ochłonął i oznajmił mi że zadzwoni po policję, bo nie powinienem był chodzić po trasie rowerej.  „O kuźwa” myślę, „No tak, ładnie.  Już zdążyłem wywołać międzynarodowy skandal, wypadało by zadzwonić do ambasady”.  Rozglądam się bezradnie i widzę jakiegoś Holendra który właśnie przyszedł pogapić się na wypadek.  Podchodzę do niego i pytam się czy nie dałby mi użyć swojego telefonu komórkowego.  Gość podaje mi telefon.  Moja rozmowa trwała niecałe dwie minuty, z grzeczności wyjmują monetę z kieszeni i mówię:  „Słuchaj chciałbym Ci zapłacić za skorzystanie z telefonu, mam tylko dwa Euro.”  Byłem pewien że gość albo rozmieni mi te dwa Euro i da mi jednego, albo odmówi przyjęcia zapłaty, ale gość uśmiechnął się tylko od ucha do ucha i mówi  „Nic się nie martw, dwa Euro na pewno wystarczy.”, po czym moja moneta zniknęła w czuleściach jego kieszeni.

I tutaj doznałem olśnienia.  Odkryłem że Holendrzy to szczwane bestie jeżeli chodzi o kasę.  Dopiero teraz zrozumiałem w pełni pochodzenie amerykańskiego powiedzonka „Rozliczać się po holendersku” (To go Dutch) co znaczy dzielić się kosztem posiłku dokładnie pół na pół.

Policja przyjechała, spisała raport, potem gliniarz który lepiej mówił po angielsku powiedział nam że sami mamy to załatwić między sobą w jaki sposób rozwiążemy tą sprawę.  Prawdę mówiąc to serce mi się ściskało jak patrzyłem jak gościowi puchnie noga (nie, na pewno nie była złamana), więc powiedziałem mu żeby wysłał mi rachunek za uszkodzoną Vespę. Byłem pewien że takie lusterko nie powinno kosztować drożej niż dwadzieścia czy trzydzieści Euro, tym bardziej że jego Vespa nie była już pierwszej młodości.

Rachunek

Wieczorem przyszedł rachunek na maila.  Opiewał sumę 1500 Euro. O kuźwa, takiej kwoty to się w najśmielszych przypuszczeniach nie spodziewałem.  Kiedy zapytałem się dlaczego tak drogo, gość zaczął mi wyliczać dodatkowe koszty, za uszkodzony aparat fotograficzny który rzekomo miał w plecaku, za zniszczone pudełko na lunch z Ikei za 3.95, i obtarty but który kupił w Brist za 19.95.

No tak.  Stare polskie przysłowie mówi „Kochajmy się jak bracia ale rozliczajmy się jak Holendrzy”.  Gość jelenia sobie znalazł.  Zresztą to on na mnie wpadł.  Dlaczego ja mam za to płacić?